Dokładnie tydzień temu odebrałem telefon. Zadzwonił człowiek, którego wcześniej nie znałem. Zapytał czy Country w Mieście organizuje coś z okazji Polskiego Dnia Muzyki Country. Odpowiedziałem szczerze, że brakuje mi ostatnio entuzjazmu i energii… Następnego dnia siedziałem w towarzystwie Łukasza (Łukasz Szulc – to on do mnie dzwonił dzień wcześniej) i Ani i całymi garściami czerpałem optymizm i entuzjazm tej pary. Efektem naszego spotkania był sobotni koncert otwierający czwarty sezon Country w Mieście. Wtedy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że oprócz pomocy i sporej dawki energii dostanę od Łukasza i Ani coś więcej – nową muzyczną inspirację ale po kolei. …albo nie, tym razem zaczniemy od końca.

Około 23.30 w sobotę 30 września muzyczna piwnica restauracji Pióro Feniksa kipiała energią. Mimo ogromnego ścisku (spora grupa stała na schodach bo nie mieścili się w sali) ludzie próbowali tańczyć, wiwatowali i krzyczeli rozentuzjazmowani. Organizuje koncerty w tym miejscu już dość długo ale większość z tych ludzi nie znałem. Przyszli po raz pierwszy zaproszeni a może przyciągnięci przez Łukasza i Anię. W każdym razie byli i nie pozwalali zejść ze sceny trójce świetnych artystów. Gwiazda wieczoru Wojciech Dudkowski właśnie kończył swój autorski występ. Przez ponad dwie godziny, najpierw samotnie a potem z pomocą Adama Wołosza i Pawła Głowackiego opowiadał nam swoje historie. Te ułożone w piosenki i te, które być może kiedyś w piosenki się przemienią. Historie opowiedziane w sposób jaki tylko Wojtek potrafi: lekki, pełen humoru a zarazem porywający i wciągający. Co tu dużo mówić ten facet zna się na swoim fachu. Czuć, że odrobił lekcje z historii rock and rolla i wiej jak zbudować napięcie wieczoru. Czuje publiczność i potrafi żonglować jej nastrojem: kiedy chce śpiewają razem z nim a chwilę później słuchają wzruszeni. Taki dialog z publicznością to wielka sztuka a Wojtek jest mistrzem i po raz kolejny to udowodnił. Mieliśmy okazję posłuchać historii z Nashville, usłyszeć znane i lubiane utwory w akustycznych aranżacjach oraz kilka zupełnie nowych numerów, które zapowiadają trzecią płytę zespołu. Sądząc po tych zapowiedziach szykuje się naprawdę „mocna rzecz” ale przyjdzie nam na nią jeszcze trochę poczekać. Wielką niespodzianką tego wieczoru był Paweł Głowacki genialny poznański multiinstrumentalista. Paweł wracając ze swojego koncertu wpadł się przywitać, a skoro już był i tak się złożyło, że miał ze sobą instrumenty (mandolinę i banjo) postanowił spontanicznie dołączyć do Wojtka co publiczność przyjęła z zachwytem. Ten wieczór rozpoczął się jednak inaczej.

Gości przywitał inny artysta. Siedział na scenie skupiony, lekko stremowany. Ubrany w garnitur i eleganckie buty wciśnięty w kąt sceny wykonał zaledwie 6 piosenek ale każda wdzierająca się w pamięć i pozostająca w niej na długo. Opowiadał historie o sobie i i tym jak postrzega świat. To nie były typowe countrowe songi bliżej im do pełnych refleksji i smutku pieśni rosyjskich czy francuskich bardów. Ale był w nich też specyficzny gniew i buta, której bliżej do Punk Rocka niż natchnionej poezji. Adam Wołosz i jego muzyka to zdecydowanie najmocniejsza z muzycznych inspiracji jakie ostatnio do mnie dotarły. Artysta nieoczywisty. Countrowej publiczności znany jako basista zespołu Droga na Ostrołękę dla innych weteran polskiego Punk Rocka. W Poznaniu dał się poznać jako mądry, doświadczony artysta, genialny autor i niezwykle skromny człowiek.

30 września, sobota – to był piękny słoneczny dzień w Poznaniu. Dzień, który zakończył się wspaniałym wieczorem w muzycznej piwnicy restauracji Pióro Feniksa. Bardzo dziękuję wszystkim, którzy spędzili ten wieczór razem ze mną. Do zobaczenia niebawem!

Autor zdjęć: Sebastian Dacków.