Piątek 29 stycznia. Poznański Stary Rynek cały w deszczu. Pogoda taka, że żal psa wygonić z domu. Patrzę jak artysta stroi gitary i odczuwam dreszcz niepokoju. Czy przyjdą mimo tej pogody? Mimo tego, że muzyka nie będzie ortodoksyjnie countrowa? O 20.00 wszystkie stoliki zajęte. Ludzie siedzą w skupieniu i czekają. Znajomi, bo w końcu spotykamy się od ponad roku. Wspólnie budujemy społeczność, którą łączy jedno – chcemy razem słuchać muzyki. Szukamy artystów, którzy potrafią spleść dźwięki i słowa w mądrą opowieść. Opowieść o życiu i o nas samych. W miniony piątek znowu mnie nie zawiedli a nawet miło zaskoczyli. Niektórzy przejechali wiele kilometrów żeby spędzić ten wieczór razem. Mimo, że tak wiele nas różni, na te kilka godzin, raz na trzy miesiące tworzymy coś na miarę wspólnoty.

Arek Zawiliński to człowiek niezwykle skromny. Kiedy mówi o swoich piosenkach wydaje się trochę stremowany, ale kiedy je śpiewa zabiera słuchaczy w przedziwny świat. Opowiada o sobie albo o ludziach, których spotkał. Jego bohaterowie nie gonią za sukcesem raczej szukają szczęścia. Mieszkają w miejscach, o których zazwyczaj nie pisze się w kolorowych czasopismach. Żyją swoim życiem, które tak łatwo podsumować w prostych, kategorycznych sądach. Arek nie osądza, nie tłumaczy. On opowiada pozostawiając słuchaczom prawo wyboru: potępić czy zrozumieć, polubić czy odrzucić z obrzydzeniem. Czy piątkowy, deszczowy wieczór w centrum dużego miasta to dobry czas i miejsce na takie historie? Okazało się, że tak! Bo nie czas i miejsce są istotne, ale człowiek, który stoi na scenie i publiczność, która chce i potrafi słuchać. Arku bardzo ci dziękuję za mądre słowa i niezwykłe dźwięki. Dziękuję też Wam – ludziom, który siedzieli ze mną na widowni. Za to, że chcecie słuchać, za to, że potraficie to robić i za to, że jest nas coraz więcej.

Autorem wszystkich zdjęć jest Sebastian Dacków.