Jeszcze nigdy muzyczna piwnica restauracji Pióro Feniksa nie była tak szczelnie wypełniona ludźmi. W minioną sobotę musieliśmy (z wielkim smutkiem) odesłać do domu ponad 20 osób ponieważ o godz. 20.00 nie było już nawet miejsc stojących na schodach. Przyznam, że nie zaskoczyły mnie te tłumy. Nie może być inaczej kiedy na plakacie pojawia się TAKIE nazwisko.

40 lat temu profesjonalną karierę rozpoczął Michael Lonstar. Artysta, który wypracował sobie pozycję IKONY środowiska Country w naszym „cudowanie dziwnym kraju”. Artysta, który po 40 latach niezmiennie budzi wielkie emocje. Sztuka, którą tworzy i niezłomna postawa w obronie wartości, które wyznaje przyniosły przez te lata rzesze oddanych fanów ale i spore grono zaciekłych wrogów. Cóż taka jest widać cena wyrazistego artystycznego wizerunki.
Widząc go na maleńkiej scenie w świetle skromnych reflektorów, przysłuchując się jak rozmawia z publicznością przez swoje piosenki i anegdoty starałem się zrozumieć co sprawia, że ciągle jest artystą budzącym emocje i inspirującym innych? Dlaczego przez dwie godziny w ciasnej, dusznej sali publiczność nie spuszcza z niego oka słuchając w skupieniu lub wybuchając salwami braw? Michael Lonstar nie jest showmanem, nie manipuluje emocjami widowni, nie stosuje żadnych tricków. Wychodzi na scenę i jest SOBĄ. Autentyczność i szczerość to budulec, z którego mozolnie, utwór za utworem tworzy wieź z publicznością. Ma świadomość, że nie są to obecnie popularne materiału do budowania kariery a mimo to nie uznaje kompromisów wierząc, że na widowni siedzą mądrzy, wrażliwi ludzie. Ludzie, którzy nie przyszli oglądać ładnego show ale posłuchać wartościowych historii. Dziś po latach kiedy zna już cenę, którą trzeba zapłacić za spełnione, dziecięce marzenia niezmiennie wychodzi na scenę z tą dziwną iskrą w oku. Iskrą, która mówi, że po raz kolejny warto zaryzykować, bo nie ma dla niego lepszego czasu niż ten spędzony na dialogu z innym człowiekiem. Zapytacie skąd to wiem? Bacznie obserwowałem go przez cały sobotni wieczór a po koncercie rozmawialiśmy do 6 rano. Miedzy innymi o tym dlaczego postanowił porzucić intratny zawód architekta i poświęcić się muzyce oraz o tym czy warto gonić za marzeniami.

Koncert główny poprzedziło wydarzenie, które było moim osobistym podziękowaniem dla Lonstara za to, że towarzyszył mi w trudnych chwilach dorastania płytą „Różne kolory”. Tak się złożyło, że obchodzi ona w tym roku trzydziestolecie dlatego postanowiłem o niej przypomnieć.
Zapraszając do projektu „W hołdzie dla płyty Różne Kolory” bliskich mi artystów kierowałem się nie tylko szacunkiem dla ich dokonań ale także siłą ich osobowości wierząc, że przełoży się to na interpretacje utworów. Nie pomyliłem się. Materiał jaki przygotowali na koncert powalał swoją mocą. Zapewniam nie jest to tylko moje zdanie. Adam Czech i Mateusz Rychły wykonali piosenkę „Głodny i spragniony Ciebie”, Arkadiusz Zawiliński „Różne Kolory” oraz „Stoję sam na tej stacji”, Bartosz Humpich(pierwszy raz na scenie Country w Mieście) i Łukasz Kulczak zagrali „2000 koni” oraz utwór, który miał wykonać Grzegorz Sykała „ W oczekiwaniu na wschód słońca” (Grzegorza zatrzymała choroba dlatego nie mógł wystąpić). Przemek Mazurek i Paweł Głowacki zadziwili wszystkich swoimi wersjami utworów„Twarz i maska” oraz „W mieście i za miastem”. Bardzo mi zależało żeby w koncercie wystąpili artyści poruszający się na co dzień w różnych muzycznych światach. Chciałem sprawdzić czy nagrany w 1988 roku przez Lonstara materiał jest faktycznie tak plastyczny i uniwersalny jak mi się wydawało. Po raz kolejny się nie zawiodłem. Piosenki w nowych wersjach zabrzmiały świeżo i z jeszcze większa mocą niż na płycie. To wielka zasługa wymienionych powyżej artystów. Dziękuję Wam Panowie za Wasze zaangażowanie i poświęcony czas. Dzięki Wam ten wieczór był wyjątkowy nie tylko dla publiczności ale także dla Lonstara.

Fot. Sebastian Dacków – nieustające podziękowania Sebastian!