Tytułując ostatni wieczór Country w Mieście: „OSOBOWOŚCI POZNAŃSKIEJ SCENY COUNTRY & FOLK” chciałem złożyć hołd twórcom z mojego rodzinnego miasta. Wyjątkowym osobowościom scenicznym, genialnym instrumentalistom, świetnym aranżerom, utalentowanym tłumaczom i autorom tekstów.

Wieczór rozpoczęli Grzegorz Sykała i Łukasza Kulczak. Jeśli ktoś potrzebuje zobrazowania zwrotu „sceniczna osobowość” lub bardziej kolokwialnie „sceniczne zwierzę” – niech przyjrzy się temu duetowi w akcji. Kto widział ich przed dużą publicznością z całym zespołem wie o czym mówię. Potrafią zawładnąć emocjami dowolnej grupy słuchaczy. Obaj mają w sobie to „COŚ” czego nie sposób się nauczyć. Trzeba się z tym urodzić. Swobodę, charyzmę i moc. Kiedy dowodzona przez nich maszyneria Cashflow nabierała tempa wiedziałeś, że ci goście nie biorą jeńców. Zapraszając Grzegorza i Łukasza na ten wieczór wiedziałem już, że ten duet w kontekście Casflow, w jakimś sensie się rozpada. Kilka dni po koncercie Grzegorz publicznie potwierdził wiadomość, że odchodzi z zespołu. Jestem przekonany, że Łukaszowi wystarczy energii i Cashflow nie spuści z tonu a nowy frontman poprowadzi zespół w nowym, dobrym stylu. Trzymam za to kciuki. Grzegorz deklaruje, że nie żegna się ze sceną jak go znam to mówi szczerze. Jeśli odpoczynek od intensywnego koncertowania przełoży się na rozwój jego autorskiej twórczość będzie to z pożytkiem dla nas wszystkich. Od lat trzymam kciuki za autorską twórczość Grzegorza Sykały i nie tracę wiary.

Drugą cześć wieczoru otworzył zespół The Roadhouse publiczność miała wyjątkową okazję posłuchać ich w polskojęzycznym programie złożonym z przekładów Springsteena. Adama poznałem kilka lat temu. Mieliśmy okazję przez krótki czas pracować wspólnie nad projektem poświęconym twórczości Bruce’a Springsteena dla radiowej Trójki (w czasach kiedy Trójka znaczyła naprawdę wiele). Z tej współpracy wyszedłem bogatszy o wspaniałe przekłady piosenek Pana S. (cześć z nich wybrzmiała 11 listopada) i doświadczenie pracy z człowiekiem o niezwykle silnej osobowości, ogromnej wiedzy i wielkim talencie do opisywania w dowcipny, przenikliwy sposób skomplikowanych problemów naszej codzienności. Choć zdarzały nam się różnice zdań (i pewnie jeszcze nie raz się zdarzą) bardzo cenię Adama za konsekwencje i upór w realizacji własnych artystycznych pomysłów. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem go w duecie z Matuszem Rychłym czułem, że szykuje się większa sprawa. Mateusza ze swoją wirtuozerią i dostojnym scenicznym spokojem wnosi do przekładów i interpretacji Adama oryginalne brzmienie i klimat jakiego nie sposób podrobić. Patrząc na nich na scenie wiem, że nie muszą porywać publiczności wystarczy, że skłonią ją do słuchania. A potrafią to robić na wzór mistrzów, którym w swoich występach zazwyczaj oddają hołd.

Po dwóch setach w wykonaniu artystów, którzy countrowej publiczności nie są obcy na scenie pojawił się projekt nieoczywisty. Przemek Mazurek, Paweł Głowacki i Wojciech Winiarski to nie jest zestaw nazwisk, który zobaczycie na plakatach plenerowych imprez country. Kontraktując ich występ byłem jednak pewien, że publiczność Country w Mieście doceni lekkość i humor opowieści Przemka i muzyczny klimat jaki potrafią stworzyć na scenie tak doświadczeni muzycy. Artyści zrobili ukłon w stronę publiki układając program w bardziej folkowym klimacie niż zazwyczaj i okazało się, że wszystko zadziałało zgodnie z moim ulubionym powiedzeniem. Kiedy mądrzy artyści stają przed inteligentną publicznością spotkanie musi zaowocować wyjątkową atmosferą. Salwy śmiechu, wspólne śpiewanie, odrobina lokalnych refleksji i długa owacja na koniec potwierdzają moje przekonanie o tym, że najciekawsze rzeczy często dzieją się na obrzeżach z dala od głównego nurtu.

Jedyna kwestia z której publiczność może być niezadowolona to brak płyt artystów z którymi spędziliśmy ten wieczór. Mnie osobiście bardzo to doskwiera ale wierzę, że prędzej czy później takie płyty trafią w nasze ręce.

Końcówka wieczoru to energetyczny jam session, podczas którego Przemek obudził do życia stare, zapomniane pianino stojące na scenie naszej muzycznej piwnicy (byłem przekonany, że to atrapa). Były countrowe i folkowe klasyki w błyskotliwych akustycznych aranżacjach, dużo radości i trochę niedosytu, że taki wieczór nie może trwać do rana.

Wymyślając ideę Country w Mieście miałem w głowie takie właśnie wieczory jak ten z 11 listopada. Po trzech latach pracy mogę powiedzieć: udało się!!! Żeby marzenia mogły się spełnić potrzebni są jednak wyjątkowi ludzie i ja takich znalazłem. Na koniec zatem wielkie podziękowania dla Was wszystkich a w szczególności dla Ani i Łukasza za ich nieustający optymizm i energię z którą zachęcają mnie do coraz bardziej szalonych pomysłów.
Ludzie bójcie się bo jak tak dalej pójdzie to na scenie mogą zacząć się dziać rzeczy jeszcze bardziej niezwykłe (choć trudno w to uwierzyć). Trzymajcie kciuki!

Fot: Siona Sionalski – wielkie dzięki przyjacielu!